Psychologia

Wszechobecny HEJT

Skąd pomysł na wpis? Z dwóch powodów. Pierwszym z nich są “akcje”, jakie mamy niemalże dzień w dzień w szkole wśród dzieciaków. Drugim — moje całkiem świeże doświadczenia z grupami na FB. Pomyślałam “pewnie wszyscy i tak o tym wiedzą, ale być może, jeśli o tym napiszę, ktoś zwróci na to większą uwagę? Przystanie? Zastanowi się? A nuż.”. Z taką nadzieją rozpoczynam swoją dzisiejszą pisaninę.

Hejt – z języka angielskiego, jednak nieco inaczej pisane, słowo znaczące nic innego, jak nienawiść. Tak bardzo rozpanoszyła się w naszej codzienności, że stała się niemalże normą. Niesamowicie dużo jadu jest gdzie? No w Internecie. A dlaczego? Bo w Internecie łatwiej jest zachować anonimowość. Poza tym co raz mniej rozmawiamy ze sobą w świecie realnym. Nie, nie, ja nie generalizuję. Opieram się tylko na moich rozmowach z uczniami. Świat wirtualny jest dla młodych ludzi czasem bardziej realny niż ten, w którym żyją. Wyzwiska, poniżanie, rozsiewanie plotek, gnębienie. A potem wszyscy są zdziwieni, że wzrosło zapotrzebowanie na psychologów. Niska samoocena, depresja, próby samobójcze, samookaleczanie… Nie? Serio? Nikt jeszcze nie połączył faktów? O bardzo wielu sytuacjach, z którymi borykają się dzieciaki nawet nie wiemy, bo niechętnie się nimi dzielą. Ale najgorsze jest to, że duża ilość z nich uważa hejt za normę.

Rzeczą straszną jest bycie członkiem grup na FB. I posiadać własne zdanie, stosować swoje metody. A nie daj cię Panie Boże być z czegoś zielonym. Zjedzą Was. To przykre ale takie doświadczenia mam z grup o psach i królikach. Smutne, bo ja zawsze myślałam, że zwierzęta zbliżają ludzi. A nie dzielą. Powiem Wam, że aż strach tam o coś zapytać albo skomentować, bo zaraz zalewa Was fala nienawiści. Kurde, przecież każdy kiedyś miał to pierwsze zwierzę i dopiero uczył się je “obsługiwać”. Zapisuje się człowiek na taką grupę i myśli “o fajnie, będę mógł podpytać, dowiedzieć się czegoś, wymienić do świadczeniami”. No żodyn by się nie spodziewał, jak bardzo się mylił… Dobrze, że ja już ogarniam bo za dzieciaka byłam szczęśliwą posiadaczką kłapoucha i znam już instrukcję obsługi. Więc tylko podpatruję i raczej się nie odzywam.

To samo z resztą dotyczy ludzi, którzy naprawdę w fajny sposób działają w Internecie. Robią coś dla siebie i innych, dzielą się tym, inspirują. A wrzucą jedno “niewyjściowe” zdjęcie i zaraz ich skrzynka jest pełna wiadomości pod tytułem “czemu tak przytyłaś?”, “masz za duże odrosty”, “jesteś w ciąży?”. I cały wartościowy materiał pod tym zdjęciem jest już zupełnie niewidzialny. I tego przykładu też sobie z palca nie wyssałam, tylko widzę co się dzieje czy tam działo, jakiś czas temu, na Instagramach dziewczyn freelancerek, które obserwuję. No dziewczyny robią kapitalną robotę, z resztą nie polecałabym ich gdybym sądziła inaczej. No ale nie. Ktoś zawsze musi podreperować swoje ego i skrytykować za fatalne ujęcie w za dużym swetrze do posta o organizacji czasu na przykład… No ręce opadają. I nie tylko ręce… 😛

Ja wiem, że ten post jest zgryźliwy i pisany nieszczególnie profesjonalnym językiem ale chyba potrzebowałam się wypisać i wyrzucić swoją własną frustrację, która rośnie ode mnie już od dawna. Tłumaczę sobie, że mi to pomoże. No może. Ale tylko na chwilę. Bo jednym wpisem na bloga świata nie zmienię.

Jeśli już dobrnęliście do tego miejsca to znaczy, że daliście radę ogarnąć moje narzekanie i, być może, pojawiła się Wam w głowie myśl “noooo, dobrze gada, mnie też to wk*****”. A skoro tak to ja też na dzisiaj kończę. Idę odkurzyć mieszkanie. Wyżyję się. Zrobię coś pożytecznego, a nikomu nie zrobię krzywdy. Tylko mała prośba. Jeśli jesteście w stanie — tępcie hejt w swoim najbliższym otoczeniu. Jako jednostki — trudno nam będzie zmienić cały świat. Ale jako jednostki — możemy zmienić ten nasz, najbliższy. A to już dobry początek 😉

Please follow and like us:
error

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Napisz do mnie
Facebook
Facebook
Instagram